Co ma serce do mówienia, czyli czego nie wiemy o logopedach…

Część pierwsza: Co ma serce do mówienia, czyli czego nie wiemy o logopedach.

#logopedianieznawieku

Czy zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób przełykacie ślinę? Albo co o Waszej dykcji mówią zmarszczki mimiczne? Czy wiecie, jak sprawić, żeby w sytuacji stresowej nie czuć „guli” w gardle?

Wiem – pewnie nie. Ponieważ nikt nas tego nie uczy.

W przepastnym programie nauczania szkół zarówno stopnia podstawowego, jak i licealnego, znajdziemy mnóstwo rzeczowych i przydatnych rzeczy, jak wielomiany, budowa jamochłonów, skład gleby w Chile oraz wzory chemiczne substancji, które raczej nigdy nie znajdą się w zasięgu naszych rąk…

Ale co tam!

Budowa podudzia niedźwiedzia brunatnego jest przecież o wiele ważniejsza niż nauka prawidłowego oddychania i czucie własnego ciała.

Tym buńczucznym stwierdzeniem mogłabym skończyć mój wywód. Tory były złe, szyny były złe i „szkoła óczy”.

Pozwolę sobie jednak krnąbrnie rozwinąć wątek.

Gdy słyszymy słowo: „logopeda”, myślimy o uśmiechniętej pani siedzącej na niskim krzesełku przy niskim stoliczku, przed nisko zawieszonym lustrem, ćwiczącej z sepleniącym pięciolatkiem „języczek” za pomocą śmiesznych minek.

Ewentualnie nasza wyobraźnia podpowie nam powtarzanie wyrazów, rysowanie szlaczków, względnie rundkę edukacyjnej loteryjki.

Koniec.

A co widzicie słysząc hasła: „logopeda dla dorosłych” lub „logopedia artystyczna”?…

Świat się kończy! Jak to: „dla dorosłych”?

No, właśnie…

Czym zajmuje się taka osoba?

Jako logopedka i mioterapeutka. Przerwę na chwilę. Wiecie co to mioterapia? To ćwiczenia dla mięśni narządu żucia mające na celu regulację siły i napięcia odpowiednich grup mięśniowych, wzmocnienie układu nerwowo-mięśniowego oraz wspomaganie leczenia ortodontycznego. Tak w skrócie. A więc ja jako logopedka i mioterapeutka pracująca głównie z osobami dorosłymi, dbam przede wszystkim o: komfort mięśni artykulacyjnych, czyli m. in. rozluźniam lub wzmacniam język, policzki, mięsień okrężny ust;  poprawiam ich funkcję (czyli zanim zabiorę się za najczęściej pożądane głoskę [r], najpierw sprawdzam wspomniany wcześniej sposób przełykania śliny, pracę i zasięg ruchowy języka), poprawiam realizację konkretnych głosek, czyli: zajmuję się wadami wymowy.

Niby wszystko jasne.

Ale jest w tym wszystkim coś jeszcze. Coś, o co byście nigdy logopedii nie podejrzewali.

Element dbania o Siebie.

Nasze ciało składa się z taśm mięśniowo – powięziowych. Powięź, czyli błona zbudowana z tkanki łącznej, okala całe nasze ciało. Część powięzi biegnie zaraz pod skórą, część nurkuje znacznie głębiej – opatula mięśnie nadając im konkretny kształt, stabilizuje, amortyzuje, tworzy połączenia kostno-mięśniowe, jednym słowem: trzyma nas w ryzach. Jesteśmy nią opleceni, niczym firanką. Jak pajęczą siecią połączeń. Prawie jak PKP.

I to wszystko sprawia, że w kwestii mówienia wszystko ma znaczenie. Wszystko.

Nasze nieregularne, bolesne miesiączki. Nasze stresy, jakość jedzenia, odruch wymiotny podczas mycia zębów, tatuaże, nacięcie krocza podczas porodu, sposób ścierania butów, to jak siedzimy pracując zdalnie, nasze biegunki lub zaparcia, uprawiane sporty, nasze wybudzanie się w nocy (i nie to na karmienie dziecka!), częste chrypki, problemy z zatokami, fryzura (ciężki warkocz, za długa grzywka, włosy zawsze na ten sam bok…).

Wszystko.

Tak, moi Najdrożsi, spory wachlarz.

Niestety, tutaj znów macha do nas pulchną rączką Wielka Dziura w szkolnym programie nauczania.

My nawet nie jesteśmy edukowani, że jeżeli zagryzamy zęby lub nimi zgrzytamy, to powinniśmy udać się najpierw nie do stomatologa, tylko do fizjoterapeuty lub logopedy.

Jeżeli pijemy głośno wodę lub mamy trudności z przełykaniem śliny – do logopedy.

Jeżeli po godzinie mówienia czujemy zmęczenie głosu, pojawiają się dyskomfort, chrypka – do logopedy.

Jeżeli mówimy za szybko, niewyraźnie – do logopedy.

Jesteśmy po trzydziestce i nadal mamy jakąś wadę wymowy – wiecie, do kogo.

Ale my tego nie wiemy…

Nikt też nie uświadamia nam także wielu innych rzeczy.

Że nigdy nie jest za późno na poprawę komfortu mówienia.

Że nigdy nie jest za późno, by polubić swój głos.

Że ja Wam nigdy nie powiem: „z tą wadą wymowy już nic się nie da zrobić…”.

A jakie są największe bolączki moich Pacjentek?

Mówię niewyraźnie, za szybko; zjadam niektóre głoski.

Nie mam kontroli nad swoim głosem.

Nie lubię swojego głosu, jest jakiś taki…. (i tu spada najczęściej rzęsista ulewa niewybrednych epitetów w stosunku do swoich fałdów głosowych oraz swojej osoby).

Mówię za cicho.

Boję się zabierać głos publicznie. Jak z kimś rozmawiam, to wszystko jest ok, ale jak tylko mam mówić do większej publiczności, to koniec! Paraliż, klucha w gardle; jakbym zupełnie straciła moc…

Dużo pracuję głosem (nauczyciel, konsultant telefoniczny lub online), coraz szybciej mój głos się męczy…

Cały czas mam chrypę, cały czas chrząkam, czuję ucisk w gardle… Byłam już chyba u 5 lekarzy – każdy mówi, że tam nic nie ma, że wszystko jest w porządku…

Brzmi znajomo?

I tu wracamy do elementu dbania o Siebie.

Z moich obserwacji wynika, że zajęcie się sobą będąc już osobą świadomą, daje bardzo dużo korzyści. Kobiety najczęściej przychodzą z pobudek zawodowych (praca głosem), a dopiero w trakcie terapii logopedycznej wychodzą na jaw różne kwestie. Dopiero po czasie, po oswojenie ciała, po oddychaniu Pacjentki pozwalają sobie poczuć. Poczuć bez oceny, bez biczowania, bez irytacji. I już wiedzą, dlaczego boją się zabrać głos. Czują, dlaczego mówią cicho. Dlaczego nie chcą mówić publicznie. Dlaczego głos się męczy…

Oczywiście! Są ćwiczenia, obserwacje, techniki, nawet zadania domowe (!).

Idę obok Was, przytulam, besztam, wspieram, pytam.

Ale to przede wszystkim Wy, Wasze czucie mięśni, czucie siebie sprawia, że terapia mknie do przodu.

Kiedyś mój Pacjent powiedział, że ten ucisk w gardle przypomina mu „coś, jakby się zawiesił emocjonalnie oglądając reklamy Allegro… Takie trwałe, niewygodne wzruszenie…”.

I coś w tym jest. Nie bez powodu mówi się o żalu, wzruszeniu, które „chwytają za gardło”.

Nasze emocje, nasze serce, nasze myśli, to nasz głos.

Nasze myślenie o nas samych także.

Dla mnie dykcja to również czucie własnego ciała. Bycie dla niego dobrym, czułym, uważnym na jego potrzeby. A za tym idzie wiele nowego, na co Pacjenci nie zawsze są gotowi.

To uważność i zmiana dotychczasowych nawyków artykulacyjnych i oddechowych. To rozluźnienie nadmiernie napiętych mięśni posturalnych. To rozluźnienie i praca z mięśniami artykulacyjnymi.

Gdy chcemy poprawić kondycję, czy zbudować „rzeźbę”, to niczym dzikie jałówki pędzimy na siłownię, wprost w opiekuńcze skrzydła trenera personalnego.

A przy problemach z głosem?…

Potrzeba jeszcze sporo czasu, byśmy zaczęli traktować nasz głos i mięśnie języka, jak papierki lakmusowe tego, co się z nami, u nas, obok nas dzieje. Bez oceniania. Bez lęku. Z czułością.

Wtedy wszystkim nam będzie lepiej.

Także tak.

Puśćcie brzuch!💚

Wasza Mówka Sztuka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.